sobota, 10 października 2009
Zielony trabant - Katarzyna Stachowicz - Gacek, Agnieszka Szczepańska

I moja ostatnia kolorowa lektura w ramach wyzwania, rzutem na taśmę w ostatnim tygodniu września zresztą :)

Recenzję można znaleźć tu.

16:39, maniaczytania , Zielony
Link Komentarze (2) »
niedziela, 04 października 2009
ZIELONY i "Eve Green" Susan Fletcher

Całkiem przypadkiem, zachęcona opiniami blogowiczów, sięgnęłam jeszcze po jedną książkę w ramach kolorowego wyzwania. Lektura faktycznie okazała się być całkiem przyjemna, o czym napisałam tu.

środa, 30 września 2009
W ostatniej chwili - "Smażone zielone pomidory"

„Smażone zielone pomidory” Fannie Flagg przypominają trochę amerykański serial obyczajowy. Nie taki nowoczesny, z gatunku tych, które opowiadają o sukcesach młodych prawników w wielkich miastach, ale taki o trochę sennym miasteczku gdzieś na amerykańskim końcu świata, gdzie wszyscy się znają, przeżywają swoje małe radości i dramaty, a każdy odcinek poza historią głównych bohaterów opowiada też o jakimś incydencie z życia ich rodziny, przyjaciół bądź wrogów. Może taki opis nie brzmi zbyt obiecująco, jednak choć nie zachwyciłam się książką Fannie Flagg (a trochę miałam nadzieję, że spodoba mi się naprawdę mocno po tym, co o niej słyszałam), to jednak chwile spędzone na lekturze mijały mi szybko i bardzo przyjemnie.

Cała recenzja na moim blogu, zapraszam :)

23:22, mandzuria23 , Zielony
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 września 2009
Zielone czasy

To już chyba moja ostatnia pozycja do kolorowego wyzwania, a na pewno jest to ostatni kolor z jakim w ramach kolorowego czytania się zapoznałam. Zielony jest kolorem niedojrzałości, nadziei, ale ogólnie mówiąc pogodny. I taka była też ta książka.

Całość tu

sobota, 19 września 2009
Eve Green - Susan Fletcher

 

Tak długo zwlekałam z napisaniem czegoś o tej książce, że zdążyło ukazać się mnóstwo jej recenzji i właściwie nie wiem, co napisać, żeby sie nie powtarzać. Mogłabym się podpisać w zasadzie pod każdą notką o "Evie Green" na tym blogu, bo książka bardzo mi się podobała, tak jak dziewczynom, które ją czytały (a jak się za nią zabierałam, to prawie chciałam, zeby mi się nie podobała, wtedy mogłabym się ze wszystkimi nie zgodzić ;) Właśnie przeczytałam po raz drugi recenzję Aerien i mogę tylko powiedzieć, że zgadzam się z nią w całej rozciągłości. Od siebie dodam tylko kilka rzeczy, które szczególnie spodobały mi się w "Evie Green". Po pierwsze - delikatność. To słowo nasuwa mi się od razu, gdy myślę o tej książce. Delikatność i piękno języka wyróżniają ją spośród wielu chyba współczesnych powieści napisanych mocnym i dosadnym językiem. Lubię także sposób opisywania przez autorkę sytuacji i miejsc, wystarczy kilka detali, aby je sobie wyobrazić, poczuć ich klimat. Jak parę pociągnięć pędzlem, z których wyłania się cały obraz. Podobały mi się też niedopowiedzenia, subiektywność opowieści, która częściowo zbudowana jest tylko z domysłów i przeczuć bohaterki. Eve stopniowo odkrywa historię miłości swoich rodziców, ale wiele rzeczy i dla niej i dla nas pozostaje tajemnicą. Pociągający jest też klimat małej walijskiej wioski, otaczających ją wzgórz, surowa przyroda.

Krótko mówiąc - gorąco polecam!

wtorek, 15 września 2009
Zielona Gęś

"Zielonej Gęsi"przedstawiać, mam nadzieje, nikomu nie trzeba. Ironia, humor, groteska to sztandary, które mógłby umieścić Gałczyński nad swoim teatrem. W wydanym niedawno przez Iskty tomie znajdują się wszystkie teksty Teatrzyku drukowane w "Przekroju" w latach 1946-1950, wodewil zatytulowany "Kaloryfery" opublikowany w 1953 roku i kilka scenek, które wstrzymała cenzura.

Twórczość Gałczyńskiego oprócz tego, że bawi, zachęca do reflekcji. I aż przerażenie bierze jak wiele z tego, co ukazał w swym zielonym zwierciadle Mistrz, wciąż niepodzielnie rządzi.

Dla smaku jeden z tekstów dotychczas niepublikowanych:

"NARÓD: Ustroju, gdzie jesteś?

USTRÓJ: ...

NARÓD (głośniej): Ustroju, gdzie jesteś?

USTRÓJ: ...

NARÓD (fortissimo): Ustroju, gdzie jesteś?

USTRÓJ: ...

NARÓD: Ustrój nie odpowiada narodowi!

GŻEGŻÓŁKA (przerażony do ostateczności spuszcza Kurtynę)."

Gorąco polecam!

 

środa, 09 września 2009
Eve Green – Susan Fletcher

"Eve Green" to jedna z tych książek, których nie da się czytać szybko. Do których wraca się z zapałem, połyka kilka linijek, by już po chwili zupełnie bezwiednie zwalniać tempo i niespiesznie delektować się rzeczywistością malowaną poetycko przez autorkę. To historia, która zabiera nas na wietrzne walijskie wzgórza, daje czas by się zapatrzeć i zamyślić, z zakamarków niepamięci wyłowić najcenniejsze wspomnienia, poukładać je na nowo, zachować w sercu i czule ochraniać. Historia smutna do granic możliwości, a jednocześnie w niebywały sposób dodająca otuchy i rozgrzewająca od środka. To wreszcie historia, która daje nadzieję i pozwala uwierzyć, "że w końcu rany się zagoją, że pozostanie czysta biała blizna."

 

Całość na blogu w kąciku z książkami.

czwartek, 03 września 2009
Eve Green, Susan Fletcher


A oto i druga książka, przeczytana na okoliczność Kolorowego Wyzwania. Kolejny trafiony wybór, kolejna cudowna lektura - kto wie, czy nie wspanialsza od poprzedniej. Zachwycam się, tradycyjnie, u siebie .
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Fannie Flagg "Smażone zielone pomidory"
Czytelniczy plan wypełniony. Zapraszam na mojego bloga do lektury recenzji tej fantastycznej książki.
19:28, naturegirl , Zielony
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 sierpnia 2009
Zielony

 

I kolor zielony jest już za mną. To znaczy jedna z tej podstawowej pozycji, bo mam jeszcze zamir inneczytać, ale nie wiem, czy zdążę, bo tylko do września. Od października przecież jest "Literatura na Peryferiach". Debiutancka powieść  Edyty Szałek jest dla mnie zróżnicowana. Z jednej strony bardzo mi się podoba, a z drugiej byłam wściekła. Trochę zaczęło mnie denerwowac, ze momentami tak się ciągnęła. A już najbardziej zdenerwowało mnie zakończenie, które zupełnie nic nie wyjaśnia. Mimo to ta kompozycja otwarta podoba mi się, ale bardziej ze względu na samą kompozycję, niz zakończenie. Chyba trochę zgmatwałam. Jednym zdaniem. Podoba mi się, ze autorka jej użyła, ale nie podoba mi sie samo zakończenie. Bodajze w najsłynniejszej kompozycji otwratej  w "Lalce" zakończenia jako tako możemy się domyślić, a tu ni w ząb. Nie jest to prawdopodobnie dzieło, które zapamięta się na całe życie i do którego będzie się chciało wracać po wielokroć – ale bez wątpienia rzecz przyzwoicie napisana, dostarczająca wglądu w mechanizmy emocjonalne, stojące u podstaw takich, czy innych zachowań. Narratorka jest krytyczna w stosunku do siebie, ale nie ma to nic wspólnego z autoironią, z jaką wypowiadają się o sobie bohaterki Szwai czy Sowy; nie znajdziemy tu też ani śladu dowcipu sytuacyjnego, „znaczących” nazwisk, czy – przeciwnie – obrazów wyciskających łzy z oczu. Sceny miłosne, chociaż wcale nie takie niewinne, nie mają w sobie cienia wulgarności, a grubsze słowa występują tylko tam, gdzie są niezbędne dla wiarygodnego ukazania sposobu wypowiadania się określonej postaci. Okazuje się, że powściągliwość w szafowaniu ekstremalnymi środkami wyrazu czasem wychodzi na dobre, bo pomimo braku powyższych cech powieść wcale nie jest nijaka i blada. Jej atutem jest także język, zwłaszcza w partiach narracyjnych. Nie wiem, czy jeszcze do niej wrócę. Zobaczymy :) 

Wpis jest też na moim blogu www.andromacha.blox.pl

21:53, manuskrypt1 , Zielony
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3